
(All Souls’ Day – November 2nd)
Today, on All Souls’ Day, I think of all those who were part of my family but are no longer with us —
those who built our world, filled it with memories, the scent of old homes, and the tenderness that time cannot erase.
But today I especially remember my two great-grandmothers – two women who lived in different places, yet in the same time.
They shared strength, kindness, and courage.
The first was my great-grandmother Władzia, my mother’s grandmother.
We never got to meet – she passed away just a few days after learning that my mom was expecting me.
But before she left, she gently touched my mom’s belly and said:
“I don’t know if it’s a boy or a girl, but I really like girls.”
I was born on June 2nd, just one day before her birthday.
My mom and I have always felt that was symbolic — as if fate allowed us to meet, for just a moment, across time.
Grandma Władzia, lovingly called Dziunia, was a strong and independent woman.
She married young, raised three children (and her husband’s children from his first marriage), managed the household, planned, built, and cared for everyone — always with grace and elegance.
During World War II, when she was only 11 years old, she was forced to work as a servant for a German family — far from her home and loved ones.
Yet she never lost her dignity, courage, or kindness.
She was also known for her beautiful singing voice — at family gatherings and in the local women’s choir.
Sometimes, when I sing, my mom says she sees a bit of her in me.
The second is my great-grandmother Apolonia, my father’s grandmother.
My name comes partly from her, although — as my mom says — when she chose it, she didn’t yet know that there was already one Apolonia in my father’s family.
My great-grandma used to joke that she never really liked her name… until I was born.
After that, she’d smile and say, “Now it sounds beautiful.”
I had the joy of knowing her. She was warm, wise, and endlessly kind.
It was great-grandma Apolonia who taught me how to bake the most delicious apple pie, the one I still make today — always thinking of her gentle patience and calm voice.
She was brave and resourceful — once, she walked a cow all the way from Wrocław to Strzelin so the family would have milk.
As a little girl, she had to flee with her family from what is now Ukraine, escaping wartime violence.
And yet she managed to build a home full of love, safety, and warmth.
Today I think of them both with deep gratitude.
They lived through so much. They loved deeply.
And though they are gone, I know their strength, kindness, and voices live on in me.
May this day be one of gratitude, tenderness, and remembrance — for those who are no longer beside us, but who remain within us, forever.
Wspomnienie o dwóch prababciach – o kobietach, od których wszystko się zaczęło
(2 listopada – Dzień Zaduszny)
Dziś, w Dzień Zaduszny, myślę o wszystkich, którzy byli częścią naszej rodziny, a których już z nami nie ma.
O tych, którzy stworzyli nasz świat — pełen wspomnień, zapachów dawnych domów i czułości, która trwa mimo upływu lat.
Szczególnie jednak wspominam dziś moje dwie prababcie – dwie kobiety, które, choć żyły w innych miejscach, żyły w tym samym czasie.
Łączyła je siła, dobroć i odwaga.
Pierwsza z nich to prababcia Władzia, babcia mojej mamy.
Nie zdążyłyśmy się poznać – odeszła zaledwie kilka dni po tym, jak dowiedziała się, że mama mnie nosi pod sercem.
Ale zanim odeszła, dotknęła jej brzucha i powiedziała:
„Nie wiem, czy to chłopiec, czy dziewczynka, ale ja bardzo lubię dziewczynki.”
Urodziłam się 2 czerwca – dzień przed jej urodzinami.
Zawsze uważałyśmy to z mamą za coś symbolicznego, jakby los pozwolił nam się jednak spotkać – choćby na moment, w czasie, który się przenika.
Babcia Władzia, zwana pieszczotliwie Dziunią, była kobietą niezwykle silną i samodzielną.
W bardzo młodym wieku wyszła za mąż, wychowała troje dzieci (i jeszcze dzieci z pierwszego małżeństwa swojego męża), potrafiła zarządzać domem, planować, gospodarować, a przy tym była elegancka, zawsze zadbana i z klasą.
Podczas II wojny światowej, w wieku zaledwie 11 lat, musiała pracować jako służąca u Niemców – z dala od domu i swoich bliskich.
A jednak zachowała w sobie godność, odwagę i pogodę ducha.
Podobno pięknie śpiewała — na rodzinnych spotkaniach i w kole gospodyń, zawsze z uśmiechem.
Czasem, gdy śpiewam, mama mówi, że widzi w moich gestach i spojrzeniu właśnie ją.
Drugą z moich prababć jest babcia Apolonia – babcia mojego taty.
To od niej częściowo pochodzi moje imię, choć – jak mówi mama – wybierając je, nie wiedziała jeszcze, że w rodzinie Marcina jest już jedna Apolonia.
Babcia zawsze żartowała, że nigdy nie lubiła swojego imienia… dopóki nie pojawiłam się ja. Od tamtej pory mówiła z uśmiechem, że „teraz to imię brzmi pięknie”.
Miałam szczęście ją poznać. Była ciepła, serdeczna, mądra i niezwykle dobra.
To właśnie babcia Apolonia nauczyła mnie robić pyszną szarlotkę, którą do dziś piekę, pamiętając o jej spokoju, cierpliwości i ciepłym głosie.
Była też kobietą zaradną i odważną – kiedyś sama prowadziła krowę z Wrocławia do Strzelina, żeby gospodarstwo miało mleko.
Jako mała dziewczynka musiała uciekać razem z rodziną z terenów dzisiejszej Ukrainy podczas wojny, ratując się przed prześladowaniami.
A jednak potrafiła później stworzyć dom pełen miłości, bezpieczeństwa i światła.
Dziś myślę o nich z ogromną wdzięcznością.
Obie wiele przeszły. Obie kochały życie, rodzinę i ludzi.
I choć obie odeszły, wiem, że ich siła, dobro i głosy — wciąż są we mnie.
Niech ten dzień będzie pełen wdzięczności, czułości i pamięci – o tych, których już nie ma obok nas, ale są w nas – na zawsze.
